sobota, 23 lutego 2013

Dieta. Definicja i założenia.

     Zawsze jak mam coś napisać dopada mnie niechciej. Spadek chęci i wszechobecna apatia. Mimo, że wyspałam się. Ćwiczyłam przez godzinę namiętnie (nawet) z ciężar - ami/kami. Wypiłam kawę i siedzę bezpłciowo przed komputerem. Ach zapomniałam, że poczyniłam wszelkie porządki urodowe i pozostało mi jedynie pomalować paznokcie i namalować urodę na twarz. A i tak coś nie gra. Coś nie pasuje. Kłuje i wierci się w łepetynie. Wiem!!! Od dziś jestem na diecie. Nienawidzę tego stwierdzenia. Było milion początków i miliard braków rezultatów. 
     Z definicji, dieta jest czymś, co raczej powinno być naszym sposobem odżywiania się. Przecież osoba, która wpierdziela wafelki i popija gorącą czekoladą, to też jest na jakiejś tam "diecie". No cóż. Dieta kojarzy nam się  z dużą paczką wyrzeczeń, restrykcją, bólem i cierpieniem. Ale czy tak musi być? W momencie kiedy dopada mnie bezsilność, nie mam wyników, zaczynam jeszcze bardziej kombinować na swoją chyba niekorzyść, bo potem zawsze powracam do punktu wyjścia, gdzie tylko ogarnia mnie złość. Wtedy przechodzę na DIETĘ....
     Z tego miejsca ogłosić chciałam, że od dziś jest to dieta South Beach. Pierwsza faza obejmuje 14 dni. Jest to pewnego rodzaju szok dla organizmu, bo pozbywamy się prostych węglowodanów i po części też złożonych. Na szczęście nie trzeba eliminować tłuszczów i warzywa można jeść tonami. Oczywiście te dobre warzywa. Rezgnuje się natomiast z owoców, po części się z tym nie zgadzam, ale zobaczę jak to wpłynie na mnie. Królikiem doświadczalnym nie byłam nigdy, więc postawię się w takiej roli na ten okres. Chcę się przez to przekonać, czy mam na tyle determinacji i chęci. Będzie to próba charakteru. I nie chodzi tylko i wyłącznie o kwestię żarcia i zbijania słoniny. Wypaliłam się zawodowo, brakuje mi siły psychicznej do dalszego działania. A nic tak nie kształtuje mocy charakteru jak ćwiczenie silnej woli. Słabym punktem jest gęba. Spróbuję przekuć to w sukces. Dokładnie za 7 miesięcy są moje 30  - ste urodziny. I tak wiele dni już zmarnowałam i mam dosyć takiej męczarni. 
     Będę więc pisać codziennie o postępach i odczuciach. Dobrych i złych. Pomoże mi to ocenić siebie za jakiś czas. 

GO ON !!!


niedziela, 17 lutego 2013

Postęp.

     Słowo czynem się stało i zaczęłam dbać o to, aby nie pozostawiać zbyt długich przerw między jakimikolwiek formami ruchu. W myśl zasady, że jak coś się robi, to zawsze się coś U-robi i to "coś" zawsze będzie > "0". Czasem nawet jak mi się bardzo nie chce, to i tak idę na mróz, pluchę, wodę i deszcz, żeby pobiegać. Lubię stan tuż po, nie lubię stanu przed założeniem ciuchów biegowych. Czasem mnie niezmiernie irytuje całe moje oprzyrządowywanie w postaci: 
  • zakładania/włączania pulsometru, 
  • nakładania warstwy kremu na ryj, 
  • - || - || - pomadki ochronnej na usta, 
  • włączania telefonu i endomondo, 
  • zawijania włosów za czapką, 
  • wkładania sznurówek w buty, 
  • zasuwania suwaka od getrów,
  • zakręcania słuchawek od mp4,
  • włączania jednocześnie endo i pulso
ale jak już wyjdę, to czuję, że żyję. Mimowolnie uśmiecham się. Sama do siebie i nawet na widok ludzi zbijających się ze mnie. Cóż. Widok kolorowej kulki biegnącej zimą jest śmieszny nawet i dla mnie. I najbardziej mnie cieszy bieg w ciężkich warunkach. Wtedy wiem, że było warto podwójnie!
     Co do gęby. Zaczęłam również kontrolować to, żeby nie żreć wieczorem. Przed snem. Nie żrę. Staram się. Daleko mi do ideału. 

Nie mam dziś weny na filozofię. Tak więc napiszę tylko, że do dnia dzisiejszego przebiegłam 32 kilometry (od początku miesiąca). Niewiele, ale jak dużo i mam nadzieję na brak spitolenia tego zapału.

niedziela, 3 lutego 2013

Urodzeni biegacze.

     Czemu zawsze mi się kojarzy to z "Urodzonymi mordercami"? Może dlatego, że ostatnimi czasy bieganie kojarzylo mi się z morderstwem, a każdy pomysł wyjścia na trening rodził się w bólach? Książka jest ze mną od dwóch miesięcy. Leży grzecznie na półce i czeka na przeczytanie. Zupełnie jak "Bieganie metodą Gallowaya" oraz dwa zaległe numery Runner's World. Co się ze mną do cholery stało (chciałoby się grzecznie zapytać)? Przyjemność biegania przeklepałam w przymus. W ilość wybieganych kilometrów tygodniowo, miesięcznie, rocznie. W ilość przepalonych kalorii. Podobno granica między miłością, a nienawiścią jest dość cienka i łatwo ją przeskoczyć. Udało mi się to wyśmienicie. 
     Nie mam noworocznych postanowień. Nigdy. Za to mam te miesięczne. Miesięczne są dosyć łatwe do utworzenia. Mamy 12 miesięcy w roku no a rok jest tylko jeden, więc gdy się spali to noworoczne, to trzeba czekać kolejne 12 miesiecy a tak to tylko miesiąc. 4 tygodnie i znowu...A jakby się uprzeć na tygodniowe? Oł mamo... to dopiero jest kopalnia postanowień. I bonus w postaci roku przestępnego. Czyli mamy jeden tydzień w gratisie.
Nie o tym chciałam...
     Luty miał być tym miesiącem biegowych zmian. Zaczął się dość niefortunnie. Bólem gardła i zęba, ale nie zwolniło mnie to z podjęcia pewnych kroków w stronę lepszego ciała i ruchu. Otóż - zrobiłam program Ewki Chodakowskiej i lało się ze mnie strumieniami. Byłam szczęśliwa i zmęczona. Nie wiem czemu czasem tak trudno jest cokolwiek zacząć, jak tyle endorfin się wydziela tuż "po". Zamieniam więc "MUSZĘ" na "CHCĘ".