niedziela, 17 lutego 2013

Postęp.

     Słowo czynem się stało i zaczęłam dbać o to, aby nie pozostawiać zbyt długich przerw między jakimikolwiek formami ruchu. W myśl zasady, że jak coś się robi, to zawsze się coś U-robi i to "coś" zawsze będzie > "0". Czasem nawet jak mi się bardzo nie chce, to i tak idę na mróz, pluchę, wodę i deszcz, żeby pobiegać. Lubię stan tuż po, nie lubię stanu przed założeniem ciuchów biegowych. Czasem mnie niezmiernie irytuje całe moje oprzyrządowywanie w postaci: 
  • zakładania/włączania pulsometru, 
  • nakładania warstwy kremu na ryj, 
  • - || - || - pomadki ochronnej na usta, 
  • włączania telefonu i endomondo, 
  • zawijania włosów za czapką, 
  • wkładania sznurówek w buty, 
  • zasuwania suwaka od getrów,
  • zakręcania słuchawek od mp4,
  • włączania jednocześnie endo i pulso
ale jak już wyjdę, to czuję, że żyję. Mimowolnie uśmiecham się. Sama do siebie i nawet na widok ludzi zbijających się ze mnie. Cóż. Widok kolorowej kulki biegnącej zimą jest śmieszny nawet i dla mnie. I najbardziej mnie cieszy bieg w ciężkich warunkach. Wtedy wiem, że było warto podwójnie!
     Co do gęby. Zaczęłam również kontrolować to, żeby nie żreć wieczorem. Przed snem. Nie żrę. Staram się. Daleko mi do ideału. 

Nie mam dziś weny na filozofię. Tak więc napiszę tylko, że do dnia dzisiejszego przebiegłam 32 kilometry (od początku miesiąca). Niewiele, ale jak dużo i mam nadzieję na brak spitolenia tego zapału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz