sobota, 14 grudnia 2013

Restart.

Za wcześnie, by komentować. Przestało mi się podobać, że budzę się ospała i zmęczona. Nie mówiąc o wzdęciach i ogólnym wkurzeniu. Przeprosiłam się z dietą zalecaną mi przez dietetyczkę. Człowiek odbija się od dna i znowu na dno i znowu od dna. Ja się bujam od parunastu lat. Ciąglę sobie obiecuję, że tym  razem się uda i że dam radę. Nie wiem czemu jestem taką pindą i daję ciała. 

Od dziś będę wklejać wszystko co zeżarłam i co ćwiczyłam.


A ćwiczyłam dziś T25 "Cardio" - dało mi po garach.

sobota, 30 listopada 2013

Dawno dawno temu...

Dawno, to mnie tu nie było. A nawet bardzo dawno. Całe 1.5 miesiąca. Powodów wiele, argumenty są dwa:
  1. Praca - zabiera mi ostatnio lwią część czasu. Ostatnia prosta jest najbardziej krzywa w pewnych projektach.
  2. Lenistwo - to zaważyło. Po kilkunastu godzinach pracy nie chciało mi się biegać, ćwiczyć, trzymać diety. Marne to wymówki. 
Dlatego podziwiam kobiety, które dodatkowo mają dzieci, psa, kota, pracę i ogarniają jeszcze dom plus ćwiczenia. W chwili obecnej bym nie dała rady. 

Ocknęłam się w momencie, kiedy stare ciuchy przestały pasować i nowe musiałam kupić lekko większe. Alarm! Moje biegowe ciuchy są na mnie za małe! Paradoks. Chcę biegać, a nie mogę. Dlatego wzięłam się za nieśmiertelniki z beachbody.com. Na celowniku mam "Focus T25" Shauna T. Długo  się przymierzałam do kolejnego programu, ale póki co wydaje się być super. Dziś zrobiłam jeden workout ogólny i spodobał mi się na tyle, że od poniedziałku sobie zacznę. Muszę przez 1.5 miesiąca zrzucić chociaż z 5 kg. Potem może zacznę biegać. 

Ile razy się już podnosiłam. Podniosę się raz jeszcze :)

niedziela, 6 października 2013

Dzień 6 na bezglucie. O dziwo, da się żyć!


Zastanawiam się nad polecaną dietą antyzapalną na 4 tygodnie, aby odstawić definitywnie na ten czas produkty zbożowe. Nie jest tak źle z tym niejedzeniem glutenu :) da się przeżyć.

Dodatkowo ćwiczyłam dziś 50 minut z piłką. 

Ps. Muszę się wybrać do innego endokrynologa. Poczytałam dziś mnóstwo artykułów na temat schorzeń tarczycy. I tylko w jednym natrafiłam na coś, co przydarzyło się mi. Otóż jedna dziewczyna opisała problem z włosami. Ja miałam bardzo gęste włosy będąc nastolatką. Potem po prostu mi wypadły. Teraz włosy mam żałośnie cienkie i marne. Żaden lekarz nie potrafił tego wytłumaczyć na ów czas dlaczego tak się stało. A jakiś rok temu moje włosy się kompletnie rozprostowały. Miałam lekko kręcone, a teraz proste. I to, że nie mogę schudnąć mimo diet, zdrowego odżywiania, ruchu. Bo kiedy wpierdzielałam, to wpierdzielałam, ale efekty u mnie są marne, jeśli chodzi o nakład pracy i wyrzeczeń. Kurczę... Czy mimo zapewnień lekarza prowadzącego, że jest ok i taka ma uroda, to czy nie powinnam się wybrać z wszystkimi wynikami do innego lekarza i zasięgnąć porady, konsultacji? Może ten mnie prowadzi źle od 1.5 roku? W tym czasie przytyłam 15 kg i czy on tego nie zauważa? Teraz mam mętlik w głowie...

sobota, 5 października 2013

Burgery z soczewicy.

Jako, że od 5 dni staram się być na diecie bezglutowej i bezmlekowej, to kombinuję jak się tylko da z różnymi przepisami i smakami. Wczoraj był czas na rozporządzenie zapasami soczewicy. Zrobiłam więc sałatki, pierogi i burgery na ostro. Szczególnie burgery cieszyły się popularnością na podczytywanych przeze mnie ostatnio forach roślinożerców, więc postanowiłam ucieszyć się i ja.


Składniki:
  • soczewica zielona ugotowana 200g (ważona przed obróbką termiczną)
  • 3 średniej wielkości marchewki
  • łyżka masła
  • 1 cebula
  • papryka ostra
  • 1 jajko
  • bułka tarta bezglutenowa
Wykonanie: Ugotowaną i ostudzoną soczewicę rozgnieść na papkę tłuczkiem do ziemniaków. Można również zblendować. Marchew i cebulę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach i podsmażyć na łyżce masła wraz z papryką. Do miski włożyć soczewicę, marchew oraz dodać jajko, bułkę tartą i przyprawy wg upodobania. Formować burgery i kłaść na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Zapiekać w piekarniku w temperaturze około 180 stopni przez 25-30 minut. 

czwartek, 19 września 2013

Jesienne pitu pitu

Przyznaję, że poniedziałkowy trening olałam. Czułam zmęczenie po tamtym tygodniu i nie zrobiłam planowanej siłówki. Co więcej, we wtorek również nie pobiegłam. Miałam problemy ze wstaniem z łóżka. Dużo ostatnio pracuję pisząc artykuły i klepię bez przerwy dane, więc psychika daje się we znaki bardziej niż zmęczone mięśnie. Wczoraj już planowo:

Ostatnimi czasy zrobiłam pyszne pierogi z soczewicą i suszonymi pomidorami. Kruche ciasto z kaszy jaglanej i mąki orkiszowej plus aromatyczny farsz = to jest to! Uwielbiam! I polecam bloga smakoterapia


Muszę przyznać, że ostatnio również byłam do tyłu z dietą. Rozbujałam się i wpadło czasem coś słodkiego, kebab, parówki (!!!) i inne świństwa. Odgrzebałam więc rozpiskę od pani dietetyk i kartkę z zadaniami kontrolnymi. W moim wypadku rygor musi być. Odstępstwa powodują, że trafiam na złą ścieżkę i pokusy są mega silne. A wtedy już blisko do dawnych kompulsów i jedzenia wieczorami. Noł łej. Mam nadzieję, że w porę się opamiętałam.

Z innej beczki.

Zrobiło sie zimno, deszczowo i brzydko. Nie lubię takiego przejścia pogodowego. Wolę już śnieg, bo biegać w takie dni się człowiekowi odechciewa na maxa!


niedziela, 15 września 2013

Bieg wrześniowy

Aż wstyd mi, no wstyd jak cholera. Jak załączyłam endomondo, to się okazało, że we wrześniu jeszcze nie biegałam. Dziwne, bo wydawało mi się, że tak. Pobiegłam dziś skromne 5 kilometrów. Postanowiłam nie patrzeć na tętno, tylko biec sobie i biec na luzie. Tym razem serducho nie nadążało, a nogi działały jak ta lala. Sukces? Zasługa treningów siłowych? Na pewno mam wzmocnione mięśnie, ale żeby aż tak? Pod górę dawałam nieźle, z dobrym jak na mnie tempem. Teraz tylko muszę serducho pompować tlenem z treningów biegowych i będzie super. 

Zrobione: 5 km
Spalone: ponad 500kcal
W czasie: 48'

sobota, 14 września 2013

Treningi siłowe nr 5, 6 i 7.

W telegraficznym skrócie: siłowo ćwiczyłam sumiennie. Dziś rozpoczęłam trening robiąc już 3 obwody. Czułam zmęczenie większe niż przy dwóch. A myślałam, że to będzie pikuś. No nie był pikuś.
Dwa obwody

Dwa obwody

piątek, 6 września 2013

Trening siłowy numer 4

Dziś wyjeżdżam, ale nie przeszkodziło mi to w wykonaniu z rana treningu numer 4. Ćwiczyło się bardzo przyjemnie. Wykorzystałam też moją nową piłkę. Jeszcze nie umiem się na niej utrzymać. Nic dziwnego, że czasem jest nazywana stability ball, bo u mnie tej stability to próżno szukać :D

Dwa obwody

czwartek, 5 września 2013

Rower

Krótko i na temat - pojeździłam na rowerze. Zrobiłam około 11 km w niecałą godzinę. Jestem z siebie zadowolona. Jutro mnie czeka czwarty trening siłowy i jazda na wesele. Wracam w niedzielę mam nadzieję i może jeszcze zdążę pobiegać, żeby ładnie zakończyć tydzień. 

Najważniejsze, że sama widzę zmiany w moim wyglądzie i samopoczuciu. Zdrowy styl życia spisuje się na medal, a ja nie tęsknię za syfem. Dobrze mi z moimi ziarenkami, "dziwnymi" potrawami i odrobiną żelastwa.

środa, 4 września 2013

Trening siłowy numer 3

Obciążenia już skorygowałam. Po prostu dodałam więcej kilogramów i poszło nieźle. Zrobiłam dłuższą i porządną rozgrzewkę. Wczoraj nie robiłam żadnych ćwiczeń. Dostałam babskich dni i poza tym psycha mi siadła po solidnej porcji niemiłych wiadomości. Pogoda też nie sprzyjała. Czasem są takie dni, kiedy wędrówka do łazienki sprawia trudność. Postanowiłam wykonać 9 treningów i dołożyć jeden obwód, a za kolejne 9 następny, żeby było razem 4 pełne obwody. Po takim czasie zmienię ćwiczenia, utrudnię albo coś innego wymyślę. 

Zamówiłam również piłkę do pilatesu i do innych ćwiczeń. Nie mam ławki, więc wykombinowałam opcję z piłką. Kolor również do mnie przemówił :D
Piłka "Movit" 65 cm zakupiona na allegro


poniedziałek, 2 września 2013

Trening siłowy numer 2.

Z rana dopadł mnie niechciej, chociaż wczoraj postanowiłam, że pobiegam, a potem zrobię siłówkę. Obudził mnie sąsiad z góry, bo remontuje mieszkanie chyba 7th miesiąc. Nie poszłam biegać. Poniedziałek nigdy nie był moim "dniem biegowym". Zazwyczaj biegam we wtorki, czwartki, soboty i niedziele. Wracając do niechcieja. Czasem się tak zastopuję, że ni huhu nie będę się zmuszać do czegokolwiek. Ale... Zrobiłam kawę, omlet z jajek, skrobii kukurydzianej i borówek. Nabrałam i energii i chęci do ćwiczeń. Bieganie nadal odpadało. No nie i koniec! Wyciągnęłam hantle i obmyślałam jakie dobrać obciążenia na tzw. trening "B". Swoją drogą bardziej mi on odpowiada niż trening "A". Poza tym do pierwszego treningu dobrałam za małe obciążenia, bo niektóre ćwiczenia wykonywałam z łatwością, a powinno się ostatnie powtórzenia wykonywać z trudnością. Ze mną tak nie było. No to trzeba to skorygować przy następnym, środowym treningu. 

Mój dzisiejszy trening wyglądał tak:

źródło podane we wcześniejszym poście, wykonano dwa pełne obwody


Wrażenia?
  • obciążenia faktycznie dawały się we znaki
  • zmęczyłam się i to bardzo
  • po zakończeniu drżały mi nogi
  • starałam się wykonać wszystkie poprawnie technicznie, więc stałam przed lustrem
  • jestem zadowolona
Z chęcią wykonam kolejne treningi. Ciekawa jestem jakie będą efekty po 2-3 miesiącach takich ćwiczeń. 

sobota, 31 sierpnia 2013

Wrażenia po treningu "siłowym".

Czemu tak napisałam słowo 'siłowym'? Ponieważ to dopiero zarys odnawiania przysięgi małżeńskiej z moimi hantlami. Kupiłam je ponad 2 lata temu. Był okres, że sumiennie ćwiczyłam. Potem ten proceder został przeze mnie zarzucony na cześć biegania 5 a nie 4 razy w tygodniu i zwyczajnie mi się nie chciało wykonywać tylu treningów. Odkąd zmieniłam sposób odżywiania się i mam więcej energii, to mogłabym ćwiczyć różne rzeczy, ale czasu również mi brakuje. Muszę się skupić więc na 4 biegach tygodniowo, 3 treningach obwodowych z obciążenie i na rowerze. W tym momencie nawet się cieszę, że nie umiem pływać, bo pewnie bym jeszcze na basen chciała chodzić. 

Mój wczorajszy trening wyglądał tak (rozpiska została zaczerpnięta ze strony ladies sfd)
Wykonałam dwa pełne obwody


Pojawiły się różne wyniki, ponieważ to był pierwszy trening i musiałam wypróbować obciążenia. Niekiedy okazywały się za małe i mogłam więcej nałożyć obciążników na gryfy . Zobaczymy jak będzie szło na II treningu "B". Trochę mi te ćwiczenia nie pasują w takim zestawie, ale to kombinować będę za parę tygodni jak się wzmocnię. Ogólnie jestem zadowolona, z moją techniką nie jest źle, dawno się nauczyłam jak wykonywać ćwiczenia. Będzie dobrze, jeśli wytrwam w postanowieniu. 

piątek, 30 sierpnia 2013

Aktywnie

Wtorek: Bieganie
Środa: Rowerowanie
Czwartek: Squash i sauna
Piątek: Siłówa
Sobota i niedziela: Bieganie (jak się uda)

Jak widać staram się być w ruchu. Mniej czasu spędzać przed komputerem, więcej robić poza komputerem :D Plus zdrowe pyszności z nowych nabytków ziarenkowych. 

Ps. Squash to zabójstwo. Przykładem jest moja wywinięta na drugą stronę kostka. Dziś już mniej boli, ale wczoraj myślałam, że trzeba będzie mnie zbierać z kortu.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Dieta to styl życia? 30 lat minęło.

Określenie "jestem na diecie" budzi we mnie silne uczucie poirytowania. Ukończyłam lat 30 i teraz z pełną świadomością mogę się wypowiedzieć na temat tego okropnego zjawiska, stylu życia i dziwnej propagandy bycia na diecie. Śmiało stwierdzam, że na ów diecie jestem jakąś połowę swojego życia. A to z lepszym, a to z gorszym skutkiem. Obecnie jestem pod opieką dietetyka, ale niestety moja pańca nie siedzi ze mną w domu, nie przebywa w mojej lodówce, anie tym bardziej nie robi ze mną zakupów, czy też pilnuje mnie przed pokusami. Tego musiałam nauczyć się sama. Mozolna ta nauka, oj mozolna. Minęły 3 miesiące. Długie i czasem bolesne dla mojej "diety". Urlop odchorowałam już, a właściwie odchorował mocno mój żołądek. Kontuzja stopy wykluczyła mnie na pewien czas z biegów. Zastąpiłam je innymi ćwiczeniami. Takimi, które pozwalały na to, by moja chora stopa zmieściła się w buta sportowego. Dzięki temu moja kondycja nie ucierpiała, a mięśnie troszkę się wzmocniły jak mniemam.

Do czego zmierzam...

To był czas również na przemyślenia. Myślałam i myślałam. Wniosek? Diety wykluczające "na zawsze" coś z mojego jadłospisu po prostu nie działają. Pojawi się kompuls i będę musiała kiedyś "to" pożreć. Zaczęłam więc kombinować. Nowe smaki, nowe potrawy, nowe ziarenka - moje ukochane. Bez ziarenek nie mogę żyć. Znalazłam kilka blogów i zafascynowana poczynaniami piszących tam osób - zaczęłam i ja zupełnie zdrowo się odżywiać. Po tych 3 miesiąch mogę bez dwóch zdań stwierdzić, że dawne jedzenie po prostu mi nie smakuje. Nie lubię już Magnum Almond, ani frytek, ani kfc, ani jedzenia ogólnie na mieście. Na nowo zaczęłam czytać "Jedz i biegaj" oraz odkryłam bogactwo kaszy jaglanej. Tyle energii co teraz - chyba nie miałam nigdy !!! Postaram się od czasu do czasu zamieszczać tu moje poczynania kulinarne. Zgodnie z tytułem bloga BIEGAM I JEM. 

środa, 31 lipca 2013

Uraz

Stopa nie odpuściła i spuchnięta nadal. Nie wiem jak mam ją włożyć w buta - jakiegokolwiek innego niż sandał. Wakacje za tydzień a ja w czarnej...czarnym lesie. Przyznaję, że opuściłam się w ćwiczeniach i diecie. Nawet lody zeżarłam. Pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy. Frustrujące jest to, że nie mogę biegać. 

A pocieszające, że dopadł mnie babski dzień. Może dobrze, bo jest na co zwalić winę. Ogólnie kicha, dno i "motywacjo wróc". Dwa miesiące pracy za mną. Jestem z siebie bardzo dumna. 

1/4 masy zrzucona i o 61 cm mniejsza w obwodach

niedziela, 28 lipca 2013

Lekka przerwa od biegania. Upał!!!

Prawa stopa mnie ostatnio zaskoczyła - po prostu sobie wzięła i spuchła. Może to od nowych butów, które założyłam raz - tenisówki. Naciągnęła mi się stopencja i już. Bolała wczoraj tak, że nie mogłam jej włożyć do buta biegowego. No nic to. 8km poszło w las. Nie marnowałam już przebrania treningowego i wzięłam się za ćwiczenia z hantlami. Poćwiczyłam boso, na dywanie. Poczułam się lepiej. Dziś jest 38 stopni w cieniu i ani myślę iść biegać moich zaplanowanych 15 km. Stopa już mniej boli, ale ryzykować udarem nie mam zamiaru. Wieczorem postaram się porowerować na spokojnie i bez szaleństwa.

Waga spada. Nie spinam się. Zdrowo odżywiam. Nawet czekoladę opędzlowałam i dalej sobie chudnę. Nie poddaję się.

sobota, 20 lipca 2013

Regeneracja.

Dopiero wczoraj czytałam w którymś poradniku RW, że we śnie można się najlepiej zregenerować. Toż to prawda najprawdziwsza! Dziś spałam prawie 11h, wstałam jak młoda bożka. Dzięki czemu poszłam na bieganko - w końcu biegło mi się fajnie, radośnie - do tego stopnia, że po powrocie machnęłam jeden z workoutów Jillian Michaels z serii Body Revolution. 
Od zawsze ją lubiłam. Pamiętam jak sama zaczynałam jakieś podrygiwania ćwiczeniowe około 4 lata temu. Wygląda zdrowo, profesjonalnie mówi do człowieka i ma wersie ćwiczeń dla początkujących i hardcorów. Może to dlatego, że w końcu się wyspałam i odpoczęłam, ale jeszcze bym coś poćwiczyła :D Tyle mam energii. Zostawię na jutrzejszy, długi 12-kilometrowy bieg. 

Czarny humor póki co sobie polazł...

piątek, 19 lipca 2013

52 dni dookoła mnie.

Nie można być cały czas zajebistym i uśmiechniętym. No nie można. Przyszedł na mnie czas zwątpienia, słabości, smutku, żalu i poczucia bezsilności z końcowym: "jak ja mogłam się tak zapuścić". Uczucia owe zostały wyzwolone w pamiętnym dniu wczorajszym, kiedy uradowana poszłam jako typowy galerianin - na obchód. W zamyśle kostium kąpielowy. W rzeczywistości prawie płacz w przymierzalni. No popłakać się nie wypadało. Jestem aż tak niewymiarowa? Duża? Przecież są większe kostiumy! Wtedy stwierdziłam, że jeszcze jest daleko do okej. Docelowo chciałam zrzucić 25 kg. Spadło już 6, czyli 1/5 za mną. Powinnam się cieszyć. Cieszę. Doszłam do tego, że samo bieganie nie wystarczy mi do walki. Trzeba wytoczyć cięższe działa:
Za niecałe 3 tygodnie będę się byczyć na plaży. Morze czeka. Ścieżki rowerowe też. Rowerem też trzeba pojeździć, żeby mieć formę na rower. Dołożę jeszcze 2 treningi tygodniowo z ciężarkami i ze dwie godziny roweru. I może coś ruszy, bo mam cholerne zastoje. Niby wolniej znaczy lepiej, ale dietetyczka też mówiła, że wolno u mnie idzie. W 7.5 tygodnia schudłam 6 kilogramów. Organizm walczy. Nie poddam się! 

W tym czasie pozwalałam sobie raz na jakiś czas na piwko i tyle z ekscesów pozadietowych. Nie żarłam ani razu lodów, które pochłaniałam przed dietą na potęgę. Nie zeżarłam ani jednej czekolady, czekoladki, ciasteczka (wyjątkiem było pół kawałka ciasta weselnego). Nie tęsknię za śmieciowym jedzeniem. Przechodzę obok niego obojętnie. 

Z biegowych newsów:
  • Przebiegłam 14 km
  • Biegam regularnie - nie opuściłam żadnego treningu
  • Garmin mnie wkurza niemiłosiernie, bo nie chce mi się łączyć z kompem - może to wina komputera czy tam systemu?
  • Biega mi się już trochę lżej, ale nie lekko
  • Czasem nienawidzę biegania, ale ogólnie KOCHAM!

wtorek, 9 lipca 2013

Pierwsze 12k. Podsumowanie 6 tygodni.

Zrobiłam to. Mimo, że miałam początek babskich dni, mimo, że dzień wcześniej zaimprezowałam trochę (w sensie wypiłam 2 piwa, a zazwyczaj nie piję). Ranek był dla mnie ciężki, ale postanowiłam, że wykonam plan. Poszłam więc na bieganko o 16.30, kiedy grzało niemiłosiernie. Wzięłam butelkę wody. Jak się później okazało - za małą, bo 0.33l a biegłam 2h.  12 kilometrów trzasłam. Wolna jestem, za wolna, okropny ze mnie żółw. Tłumaczę sobie, że nie ma za wolnego biegania oraz, że jestem jeszcze duuuuża i nie mogę nadwyrężać kolan. Moim zdaniem i tak jest nieźle. Jako naukowiec wierzę w liczby i w to, że jakakolwiek liczba dodatnia jest większa niż zero. Rachunek pokazuje, że idę do przodu. Sumiennie i z radością. 

W czasie ostatnich 30 dni sprawy biegowe miały się następująco:

Także jestem z siebie super zadowolona. Nogi mnie nie bolą. Rozciągam się porządnie. Moczę w solance po cięższych biegach, ale takie biegi "na serio" jeszcze są przede mną :).

Ważna sprawa. Weekendy z racji, że jest okres wakacyjny muszę zamienić za radą RW na środek tygodnia pod kątem długich wybiegań. Będę często wyjeżdżać i nie chciałabym tracić pół dnia na  bieganie mimo, że kocham biegać w niedziele. Dniem na long bieg będzie więc czwartek. 

Dziś kontrola u dietetyka. Po 6 tygodniach od rozpoczęcia walki o nowe ciało i lepsze zdrowie.
Spadło 5.4 kg, a w obwodach 53 cm!!! Waga mnie tak nie cieszy jak spadek cm. Motywacja jest więc ogromna. Od tego tygodnia chciałabym w końcu wprowadzić treningi siłowe, lekkie i pomagające utrzymać sprawność. W moim wypadku będzie to pomieszanie z poplątaniem, ale zamierzam wykorzystać moje 30-kilogramowe hantle. Pewnie nie wykorzystam 1/4 z ich mocy, ale używać będę tyle, ile trzeba. 

Biegów nie zmieniam. Trzymam się planów. Niedługo wprowadzę 1 trening interwałowy. Krótki i efektywny. Wykorzystam w końcu funkcję interwału w Garminie. Kocham ten zegarek swoją drogą. Niedługo opiszę współpracę z nim. 

środa, 3 lipca 2013

Nie pisałam, bo bałam się, że znów zapeszę.

Dokładnie od 5 tygodni jestem na diecie. Staram się również wrócić do aktywnego biegania i przygotować się na pewne wydarzenie w moim życiu. Bieganie na nowo pozwoliło mi przewartościować sprawy zawodowe i prywatne. Jednym słowem, jest lekiem na wszystko. Jedynie czego nie leczy, to bólu nóg (ale to od biegania). 

Czas na małe podsumowanie:
  •  Biegowe
W miesiącu czerwcu zrobiłam prawie wszystkie zaplanowane treningi, więc nowy garmin jest ze mnie dumny.
Prawie wszystkie, ponieważ wyjazd pokrzyżował mi plany. Owszem - wzięłam cały, biegacki ekwipunek, ale pogodna była na nie, pora dnia była na nie, ludzie na nie. No chyba się wszystko sprzeniewierzyło przeciwko pobieganiu w pięknych zakątkach Słowacji. Pogoda była beznadziejna, lało i było bardzo zimno. Poza tym wyjazd służbowy skłonił mnie do uczestniczenia w mniej sportowych przedsięwzięciach. Po powrocie nadrobiłam jeden dzień straty dłuższym wybieganiem niedzielnym, gdzie udało mi się z wielkim trudem namachać 11 km. Tempo mam na prawdę żółwie. Tłumaczę sobie, że jeszcze nie jestem zwinną, szczupłą sarenką, tylko sarną na wypasie, więc "połykam" sobie kilometry zgodnie z założeniem Runner's World. Chciałabym wziąć udział w jakichś zawodach i chciałabym również, żeby to był półmaraton w sierpniu. Biegam pod kątem maratonu, ale póki nie zrzucę wagi i nie zacznie poprawiać mi się tempo - nie mam szans. No chyba, że będzie można ukończyć maraton w 8h haha. 




  1. Dietowe


  2. Wspomniałam, że to już 5 tygodni. Już albo aż. Niekiedy było ciężko. Nie obyło się również bez kryzysów, wkurzania się, krzyków, rzucania butem o ścianę, chwil zwątpienia i zawodu, że "tak mało". Udało mi się zrzucić do tej pory 4.6 kg. Jedni chudną wolniej, drudzy szybciej. Ja ze smutkiem założyłam, że zdrowe chudnięcie, to 2 kg/miesiąc. Tak jest najbezpieczniej i najzdrowiej. Ryzyko dżo-dża jest zdecydowanie zminimalizowane. Życzę sobie tego, aby tak zostało. Waga czasem przekłamuje obraz, ale centymetry też spadły. W sumie spadło mi 39cm! (uwzględniałam: ramiona, biust, talię, brzuch, biodra, uda i łydki). Wynik mnie cieszy niezmiernie. Męczę się coraz mniej i chce mi się ćwiczyć. Lubię przygotowywać sobie zdrowe posiłki, zajmuje mi to już coraz mniej czasu rano, żeby zdążyć do pracy. Nauczyłam się gopsodarować czasem i produktami. Korzystam teraz z bogactwa natury, mieszkam obok ogromnych bazarów, więc świeże warzywa, owoce i nasiona mam pod ręką. Amen. 

    Moje wymiary prezentują się następująco:


    A waga:





    piątek, 7 czerwca 2013

    rozkręcam się.

    10 dni diety zleciało jak z bicza czasł!!! Muszę także pochwalić się aktywnością fizyczną. W 4 dni ćwiczyłam. Oczywiście na początku wolałam nie, zanim się bebech przyzwyczaił do mniejszej podaży kalorycznej. Ogólnie jestem zadowolona z siebie, bardziej radosna, więcej mi się chce rzeczy robić w ciągu dnia. i przede wszystkim chce mi się ćwiczyć :)

    New baby.


    środa, 5 czerwca 2013

    Jako biegaczka "brzmię" niewiarygodnie.

    Zapomniałam już, że przytyłam i jak wśród znajomych z pracy czasem się mówi o bieganiu i mnie pytają o sprawy związane z bieganiem, to brzmię dosyć niewiarygodnie. Hmm... Po prostu zapomniałam, że ważę 20kg więcej niż za czasów swojej świetności biegowej. Bolą mnie kolana, trudność sprawia mi wchodzenie po schodach. Zapomniałam...

    Dobrze, że się wzięłam za siebie. I tak jest już późno, ale nie ma tego złego...

    Czekam na Garmina. Miał być dzisiaj. Kurier zadzwonił do mnie jak już sobie odjechał spod mojego mieszkania informując mnie o tym fakcie z radością w głosie. Byłam zawiedziona. Dostanę go więc jutro. Może to i lepiej. Taka pogoda zachęca jedynie do magazynowania wody, a nie do aktywności na świeżym powietrzu.

    Ps. Wszyscy się ze mnie śmieją w pracy jak wpitalam moje sałatki, a koleżanka ważąca 30kg więcej ode mnie (wyższa raptem 6cm) drwi najgłośniej. To się nazywa motywacja!

    Już 8 dzień na "diecie". 

    poniedziałek, 3 czerwca 2013

    I rowerowanie i ćwiczenia.

    Full szaleństwo. W ciągu dwóch dni coś robiłam :D wczoraj rozpierała mnie energia, na pieszkę do galerii i do domu, a potem wybrałam się rowerem na ponadgodzinną przejażdżkę. Super. Dziś z kolei gimnastykowałam się w rytm hiciorów ze stacji viva. Jestem pozytywnie zmęczona i zadowolona. Nie mogę się doczekaż aż spadnie ze mnie te 6 kg i zacznę pobiegiwać. 

    niedziela, 2 czerwca 2013

    Spadek kilogramów. Powolne odzyskiwanie chęci do...

    życia i treningów, a także do trzymania diety. Przyznam szczerze, że miałam kilka razy myśli, że nie dam rady i już chciałam wszystko ciepnąć w kąt i nażreć się chleba na przykład. Powstrzymywała mnie przed tym wizja zaprzepaszczenia wszystkiego i zaczynania "od nowa". A tego już nie chciałam. To byłby milionowy początek. Jestem tym zmęczona. Dalej więc trzymam gębę na wodzy i odganiam złe myśli jak muchy. Nieśmiało obiecuję sobie jakiś mini trening. Czekam cierpliwie, aż organizm trochę się przyzwyczai do mniejszych porcji żarcia i przestanie wyć o nie. Wczoraj już było całkiem nieźle. Nie odczuwałam nerwów i byłam spokojna. Walczyłam sama ze sobą, bo w domu nawet byłam sama, więc trudno tak się kontrolować. Za chwilę jadę do galerii na zakupy i to również będzie jakaś walka :D

    Na wadze mniej 2.4 kg (pewnie woda, ale i tak cieszy, motywuje)

    piątek, 31 maja 2013

    Rozdrażniona zła i słaba.

    Te 3 słowa najlepiej opisują mój stan. Nie będę ukrywać, że wszystko i wszyscy mnie drażnią. Na nic nie mam ochoty. Organizm jest tak zasyfiony, że będzie potrzeba dobrych kilku weeków, żeby zacząć funkcjonować jak człowiek. Zimno mi trochę wieczorami i jestem śpiąca.  Rozmawiałam z moją dietetyczką - skutki odstawienia kawy, zapychaczy z kfc - objawy się zgadzają. Wszystko jest w porządku. Postanowiłam wszędzie chodzić piechotą. Zmusić kończyny do wysiłku, serducho dotlenić. 

    Nie mogę się doczekać kiedy pobiegam, potruchtam, poroweruję. 

    czwartek, 30 maja 2013

    Mój nowy Garmin.

    Kupiłam. Nie wiem czy dobrze zrobiłam, ale czaiłam się na niego już niezły kawałek czasu.

    Garmin Forerunner 210 HR


    Motywacja jest gigantyczna!

    z poradnika dietetyka.

    Nieobecność tu nie oznacza nieobecności w ogóle. 
    Układanie spraw zajmuje czasem trochę więcej czasu niż się założyło na początku, bądź niechęć do pisania jest tak wielka, że samo spojrzenie na bloga powoduje wysypkę. Nie chciałam zapeszać, ani obiecywać. Sobie, komuś kto czyta, światu. Najprawdziwszym w świecie stwierdzeniem jest to, że trzeba się czasem zupełnie zniżyć do poziomu dna i mułu, aby się od niego odbić. Albo przynajmniej spróbować odbić. 

    Nie poradziłam sobie sama. Oj nie.
    Udałam się do dietetyka, prawdziwego. O bardzo dobrej opinii. Ogólnie do poradni medycyny sportowej i bioodnowy. Podeszłam do tematu z pewną dozą sceptycyzmu. Dlaczego? Dlatego, że już bywałam u dietetyków i dostawałam dziwne porady, diety z automatu, zero tłumaczenia, co i jak (choć wiedzę nieskromnie posiadam, gorzej z praktykowaniem jej) i stek bzdur. Tym razem wizyta trwała 1.5 godziny. Pani zapisała o mnie kilka kartek informacji o moim "stanie", "przebiegu". Cały program dostałam dopiero tydzień później.

    W tym czasie:
    Przebierałam kurczowo nóżkami, żeby już dostać, że doczekać się nie mogę, że już już już natentychmiast! No i co? Obżerałam się, pozwalałam na więcej, lody, pizza, kanapiory, bo? "Przecież dieta dopiero za tydzień". Zamiast powoli się wdrażać i postarać zdrowiej żreć. I jak już dostałam cały program, to drugiego dnia było mi cholernie ciężko zacząć. Czyli wczoraj...

    Co zawiera program?
    Szczegółową analizę mojego dotychczasowego odżywiania, prób zrzutu wagi, ćwiczeń, biegów (tak, kiedyś biegałam). Jest to swoisty dziennik z tabelami, ocenami, gdzie sama za dobrze wykonane zadania mogę przyznawać sobie punkty (motywujące). Wykresy mnie powaliły na kolana, a zaraz za nimi strona z moimi obecnymi wymiarami i danymi. O żesz ja w ząbek czesana! Że ja? Tyle? Aż? E? Wniosek? Ręka w nocniku. As always.

    I dzień.
    Straszny. Zdrowe jedzenie puchło w gębie. Nie chciał bebech go przyjąć. Pewnie wolałby pizzę albo coś kanapkowego na koniec zagryzionego migdałowym magnum. Byłam zła, rozdrażniona. Bez energii. Kupiłam Falvit na wzmocnienie - jako zalecenie pani doktor.

    II dzień.
    Jest dziś. Znowu jestem rozdrażniona. Myślę sobie, że jednak warto pocierpieć, bo potem będzie tylko lepiej. 

    Waga: 
    Dużo,2 kg


    niedziela, 5 maja 2013

    Rower. W końcu.

    Ale...
    Jestem rowerowym cieniasem. Pierwsza górka chciała mnie zabić, a to dopiero był jakiś 3 kilometr. Kondycji zero praktycznie. Spokojnie będę nad nią pracować. Grunt, że od 5 dni jestem z siebie mega zadowolona. Jeszcze ze dwa weeki i będę już trochę zdetoksowana. Rower miejski jest fajny. Lekko się jeździ, ale kierowcy mają w dupie rowerzystów. Na ścieżkach brak organizacji. Może się czepiam, ale jak trąbię dzwonkiem i muszę drzeć się "przepraszam" do każdego bachora to mnie skręca. Celowo napisałam bachora. Bo to gimbaza najczęściej stała/jechała na mojej drodze. Ale co tam. Cieszyłam się jazdą jak dziecko. Yyy bachor.


    piątek, 3 maja 2013

    Aaa skusiłam się i pobiegnęłam.

    Szczęśliwa mogę iść spać. 

    Postanowiłam nie wylegiwać się do oporu jak mam wolne. Wstałam około 10.00 i mi spitoliło pół dnia w las. A mogłam tyyyle zrobić. Fajnie mieć wolne i móc sobie uporządkować rzeczy, dietowe rzeczy również i chociażby myśli. 

    Szału nie ma, bo poczłapałam 3.4 km. Sprawdziłam, ile czasu NIE biegałam. 

    2.5 miesiąca !!! 

    Masakra. Ale byłam leniem. Nie mówmy hop, ale endorfiny chcą mnie zajechać, więc kontynuować będę te niecne działania-biegania. A co! Kto bogatemu zabroni?

    czwartek, 2 maja 2013

    Witaminowy mix + obiados.

    Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo aż mi się żołądek wyrywał do spożycia tego cuda. Mianowicie:
    • 1/2 awokado
    • 1 mały banan
    • 4 średnie truskawki
    • 2 łyżki otrębów pszennych
    • 3 łyżki jogurtu naturalnego
    • 1/2 łyżeczki cukru trzcinowego
    • mała garść orzechów laskowych
    Wszystko zmiksowałam oprócz orzechów, którymi posypałam swoje smoothie na koniec. Następnym razem zrobię zdjęcie i edytuję posta :D wiem wiem. Dziwne, ale energia mnie po tym rozpiera ! Ogólnie po czasie marudzenia wychodzę na prostą. Powoluniu.

    Leje deszcz. Gdyby tylko padał, to bym poszła potruchtać, ale leje niemiłosiernie. Postanowiłam poćwiczyć w domu. I może wieczorem pogoda się poprawi.

    A w mojej głowie siedzi ostatnio to:


    Jak mam wolny czas, to oczywiście chce mi się bardziej gotować i uważać na to, co wpada do paszczy. Dziś mam wenę, wyjątkowo. A w roli głównej: pieczona miruna, makaron razowy, szpinak i pomidoryyyyyy. Uwielbiam!




    sobota, 27 kwietnia 2013

    The one with the return.

           Łojojojoj. Jak ciężko mi się żyje :D Nie mam sił, ale na szczęście choroba trochę odpuszcza. Nadal nie mam węchu, ale już w miarę oddycham. Leki skończone. Nie myślałam, że na początek sezonu tak mnie pozamiata. Samo się schudło parę kg, dbam też o to, żeby jeść zdrowo. Mimo, że nie czuję smaku przez tego nochala. Wybieram się na zakupy warzywno-ziarenkowo-owocowe. Postanowiłam też nie jeść mięcha przez 2 weeki. Będę wcinać ryby, bo są  bardziej wartościowe. Czuję zwyczajnie odrzut do kurczaków itp. Może przez to chorowanie ciągle. 

               Znowu maj, a ja jestem utyta na maksa. Źle mi z tym. Wstydzę się łazić po ulicach. Przeglądam się w wystawach sklepowych i widzę big ball! 

               Dobrze, że będzie trochę wolnego, to wykorzystam ten czas aktywnie. Odkurzę mój biedny rower i buty biegowe. Już wczoraj sobie myślałam, że skoro w mojej okolicy nie ma gdzie biegać, to będę jeździć rowerem w takie rejony, w których można biegać i ... będę biegać :D

    piątek, 19 kwietnia 2013

    Kiedy bakterio-wirusy zaatakowały na maxa!

         Złośliwa jest ta przyroda, oj bardzo. Skupiona na pracy i na planach biegowych, z nowymi celami i ciuchami - rozchorowałam się na tip top! Why why why? Zaczęła  się wiosna, a u mnie zaczęło się piekło. Biorę antybiotyki, ale ciula pomagają. Leżę, ledwo ruszam łapą, stopą. Jak to? Przecież ja nie mam czasu na chorowanie. Mój czas nie pozwalał na to zupełnie. Poddałam się. Lekarz był nieunikniony. 
         Porachą jest również to, że dziś przyjeżdża do mnie mój rower, nowiuśki, zakupiony w wakacje, ale mało używany, bo postawiłam na bieganie. Na rower brakło czasu. Może teraz spróbuję jeździć dla przyjemności i przy okazji zgubić kilka kilogramów, bo biegania się wstydzę. Nie wiem co mi na mózg padło, ale we wcześniejszym miejscu zamieszkania miałam zalew, ścieżki biegowe, las i polany do biegania, a obecnie mam blokowisko, wylotówkę na Tarnów i kupę gapiów po drodze (może dlatego, że jestem bardzo kolorowa i rzucam się w oczy). Na rowerze będzie mi lepiej i bez nadmiernego obciążania - zrzucać balast, a potem hopsasa bieganko!

    sobota, 13 kwietnia 2013

    Kiedy nie masz czasu.

    Przyznaję się, że nie ćwiczyłam ostatnimi dniami. Praca zajmowała mi po kilkanaście godzin dziennie i nie było takiej opcji, bo poza pracą brałam rzeczy do domu, do zrobienia na wczoraj. Postarałam się natomiast jeść zdrowo. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej, ale ogólnie jest dobrze.

    Wreszcie wiosna, więc będzie można biegać, jeździć na rowerze i chłonąć słońce. Pięknie! Tylko obym znalazła na to czas. 

    niedziela, 7 kwietnia 2013

    Kiedy ćwiczysz odwagę.

    Może to głupio zabrzmi, ale odkąd byłam grubasem, to zawsze bałam się ludzi, ich reakcji i spojrzeń. Po treningu byłam bardzo głodna, zjadłam banana i postanowiłam się spotkać z koleżanką na jakiś zdrowy obiad na mieście (wiem, zaprzeczenie). Koleżanka już była wcześniej, więc pozostało mi pójść na obiad samej. Poszłam. Czuję się niepewnie w publicznych miejscach. Weszłam do knajpki i znalazłam stolik na kompletnym uboczu, tyłem do ludzi. Zamówiłam sobie żarło i grzebałam w telefonie cały czas. Kiedy przyniesiono mi talerz pomyślałam sobie: "Pewnie patrzą się na mnie i myślą, że grubas pożera taką porcję!!!!!!!". Hmm... Ewidentnie mam coś z głową. Ulgę poczułam dopiero wtedy jak po zapłaceniu rachunku, szybko uciekłam z pomieszczenia na świeże powietrze.

    Był to doskonały sprawdziań tego, jak bardzo niepewnie się czuję sama ze sobą. W swoim ciele. I co? Kolejny punkt do motywacyjnej walki o lepsze jutro dla siebie i siebie i siebie. Tylko siebie. Może żałosne, może mega durne, ale było mi smutno i pusto, ale... jedzenie wyśmienite :D:D:D

    Kiedy pomidor rzucił w Ciebie pomidorem.

    Wczoraj aż mnie telepało na coś słodkiego, słonego i jeszcze ciul wie co. Poszłam do sklepu o 21.00!!! I kupiłam lody magnum migdałowe (na patyku, żeby nie było). Potem smakowało mi masło z chlebem i solą. Celowo napisałam masło pierwsze, bo go tyyyyle było. Cycki mnie tak bolały, że nie mogłam się położyć, oglądałam Przyjaciół do 2.00 w nocy, płakałam i się śmiałam, a na koniec całkiem się rozbeczałam. Pomyślałam, że jestem beznadziejna i poszłam w końcu spać. 

    Okres mnie dopadł. Stąd te huśtawki. Teraz będzie tylko lepiej, nie mam już żadnych zachcianek i poćwiczyłam z rana: Cardio i potem machnęłam jeszcze inny workout na absy. 


    Pewnie dziś się będę źle czuć, ale chociaż na parę chwil dopadły mnie endorfiny i pobudziłam się do życia. 

    I tak czwarty dzień z ćwiczeniami. Czasem poboli mnie kolano, ale jak pomyślę, że z każdym dniem będę lżejsza, to robię lżejsze wersje ćwiczeń i dalej jadę z koksem :)

    sobota, 6 kwietnia 2013

    Kiedy trzeci dzień daję radę z ćwiczeniami.

    Z ciekawości odziałam się w pulsometr. Pokazał upalonych 208 kcal w pół h. Dobry wynik zważywszy na to, że ćwiczenia nie były ćwiczeniami cardio. Podoba mi się to. Myślałam, że starciłam formę, ale nie. Wszystkie ćwiczenia wykonuję eleganko i dokładnie. Oddycham tak jak trza, skupiam się na technice. Oby mi się udało to pociągnąć przez kolejne miesiące i oby mi się udało wrócić do biegania. Na chwilę obecną jest to niemożliwe. Nie ma tego złego...

    piątek, 5 kwietnia 2013

    Kiedy przemogłam niechcieja i poćwiczyłam drugi raz.

    Dzień należał do wyjątkowo wkurzających. Ogólnie wstałam trzema lewymi stopami najwyraźniej, bo denerwuje mnie all and everyone! Wróciłam do domu. W skrzynce czekało na mnie awizo. Moja kurtka!!! Przy okazji rozliczyłam pita i polazłam ją odebrać. Jest mega fajna, ale jeszcze trochę przyciasna. Za 5 kg będzie jak ulał. 

    Kolana mnie bolą. Wejścia i zejścia schodami powodują lekkie kłucie. Hmm. Masz babo jeszcze ból kolan. Grubciu. W ogóle miałam czas przemyśleń. Weekend postanowiłam spędzić samotnie, ogarnąć się od stóp do głów, pogotować zdrowe jedzenie na parę dni. Obmyśleć plan działania. Zacznę planować posiłki mniej więcej, bo najczęściej jest tak jak dziś, że poszłam po pracy do galerii na zakupy i dopadł mnie mały głód. Poszłam do subwaya po pół kanapki. Wiem, że niezdrowe, ale pocieszam się, że moja koleżanka zeżarła pakę boxa z kfc. Wiem, marne pocieszenie, ale zawsze jakieś. W domu już nie szarżowałam. Łoś z makaronem razowym, fasolką i groszkiem. Kupiłam też kilka przypraw i quinoę. 

    - Lubię takie rzeczy. Lubię "BIO".
    - Lubisz, lubisz, to czemu nie jadasz bio?
    - Bo mi się nie chce gotować, pilnować... Nie mam na to czasu aż tyle, ile bym chciała mieć.
    - Powiem Ci jak Twoja mama: "A jak będziesz pracować od rana do wieczora, dwójka dzieciorów uwiesi się u spódnicy z wołaniem o żarcie, mąż zapragnie kawy a pies na spacer?"
    - Racja. Marna wymówka.

    Marna?!

    Poćwiczyłam. Workout nr 1. Humor lepsiejszy.

    czwartek, 4 kwietnia 2013

    Kiedy jednak poćwiczyłaś i mądrze żarłaś.

    Je je je. Właśnie tak. Rano niestety nie mogłam się dobudzić, drzemkę włączałam 7 razy (!!!). Zaspałam na wszystko. Nie mogłam się doczołgać do łazienki, do kuchni, ubrać się. No czapa. Dzień okropny. Smętny, ciapowaty. Moje ciało chyba jest zalane węglami jeszcze i nie może się wygrzebać z śpiochowego dołka. Na trening zdecydowałam się o 20.00. Zrobiłam cardio w domu. Z Jillian. Krzyczała na mnie i motywowała:

     10
    9
    8
    7
    6
    5
    4
    3
    2
    1
     and done!

    Czuję się świetnie. Miło mi na ciele i duszy. Mogę spokojnie pójść spać. Jutro mam ochotę na więcej. Jadłam zdrowo-kolorowo.

    środa, 3 kwietnia 2013

    Kiedy dociera do Ciebie, że jesteś gruba.

    Tak gruba. Nie inaczej. Nie pulchna, nie przy kości, nie okrągła. Po prostu gruba jak grubas. No to zrobiłam to. Wlazłam na wagę. Waga nie kłamie, ale żeby tak w żywe oczy takim wynikiem?! Tak prosto w twarz? Nie żeby się wskazówka zatrzymała. Nie żeby zawahała. Tylko tak trzask prosto po oczach. Bez zbędnych emocji zeszłam z tego diabelstwa. Zakodowałam w głowie wynik. Chwalę się: 73.5 kg. W takim amoku nawet się już nie mierzyłam. Pewnie metr krawiecki by mnie nie objął haha. Smutno, ale czego się spodziewałaś kobito? No czego? Że mniej będzie?  Pfff...Żarty chyba! Poszłam zjeść śniadanie i napić się kawy. Przemyślałam sprawę i dziś jednak zmykam do siebie. Wieczorem podjadę do Tesco i zrobię zakupy. Przede wszystkim pojemniki na żywność, małe i duże. Na przyprawy. Same przyprawy. Coś, co pomoże mi na wstępie tego działania. 3 miesiące to kupa czasu, żeby naprawić kilka błędów i nauczyć się dbać o zdrowie. Bo przecież mam je tylko jedno. To bzdet filozoficzny, ale nie chcę zrzędzić do końca życia. 

    wtorek, 2 kwietnia 2013

    Kiedy w głowie rodzi się plan pobiegania.

    Pogoda nawet ładna. Słońce, ciapa, błoto, ale przynajmniej nie pizga i nie pada. W takim tonie w głowie zaskoczył trybek, aby potruchtać, ruszyć mięśnie i pooddychać świeżym powietrzem. Poza tym nawet się postarałam pojeść zdrowo i w miarę nie podjadać. Spadł mi cukier, poratowałam się mandarynkami i było ok. Mam 3 miesiące na to, by coś zrobić.  Bo inaczej będzie płacz, że już lipiec a ja ciągle tłusta/gruba/brzydka/etc. Jutro się zważę i pomierzę. Strach się bać. Postanowiłam, że nie będę się ważyć u siebie, tylko u rodziców. Zmotywuje mnie to do:
    1. Dbania o własne zdrowie i ciało.
    2. Częstszego odwiedzania parentsów i kota.
    A dziś również w planie wypijanie dużej ilości wody.

    poniedziałek, 1 kwietnia 2013

    Kiedy w łapy wpada okazja kupna NIKE CYCLONE VAPOR JACKET.

         Oł jea jak to się mówi!!! Jak zwykle zamiast biegać po szklance, to szperałam po necie w poszukiwaniu ciekawych ciuchów/butów biegowych. Natrafiłam na świetną okazję !!!


    Moja wygląda tak:


    I zapłaciłam za nią całe 89 zł z przesyłką (new). Aż się morda cieszy :D


    niedziela, 31 marca 2013

    Kiedy żołądek wrzeszczy: "Pękam!"

       No to skifa na parafii. Jestem od 4 dni w domu rodzinnym, a już przeżyłam poważne przeżarcie. Ledwo się toczę. Oczywiście miliard sto pięćdziesiąt razy usłyszałam już "przytyłaś". No i racja. Przytaszczyłam laptopa, aby móc ćwiczyć i całe oprzyrządowanie do biegania. I co? Dupa, bo w domu wszyscy chorzy, porozkładani w łóżkach - nie ma miejsca do spokojnych ćwiczeń, a na zewnątrz plucha z powodzią. 
         Hmm... Biedny zawsze znajdzie wymówkę, bo o wietrze w oczy nie ma mowy. Jutro postaram się poćwiczyć i spróbować jeść zdrowiej i grzeczniej. 

    środa, 27 marca 2013

    Kiedy motywacja rodzi się w głowie, a nogi nie chcą o tym słyszeć.

         Normalnie pewnie bym nie napisała, gdyby nie udało mi się dziś poćwiczyć. Okropnie zdołowana i psiocząca na swój nędzny żywot znalazłam kilka nowych filmów z ćwiczeniami. 
    Onegdaj ćwiczyłam z Jillian. Potem mi się znudziło, bo schudłam i zaczęłam przygodę z bieganiem. A teraz trafiłam na ten zestaw. Jestem po pierwszym workoucie i jestem zachwycona. Endorfiny prawie roztrzaskały mi łeb i nawet pomyślałam, żeby drugi raz w dzisiejszym dniu powiczyć, ale potem się opamiętałam. To znak - że okres się zbliża i że nadzwyczajnie chcę chudnąć i ćwiczyć. Bieganie polazło w zapomnienie. Stałam się ospała i żałośnie smutna. Tyle rzeczy przez moją wagę mnie omija. Nie chcę znowu być odludkiem i tracić życia na workowate ubrania, zero fantazyjnego seksu i ogólną niezajefajność. Zapakowałam te filmy w kompa, ubrania biegowe upchałam w torbę podróżną i na święta mam zamiar być aktywna. Nie tylko gębą. 

    Z tematów próżnej osoby:
    - rozjaśniłam końcówki włosów Joanną psika-psik.
    - rzęsy rosną jak szalone

    - kupiłam bluzkę na chudsze czasy

    - kupiłam beznadziejną bransoletkę

    W dodatku mam kiepski humor w ogólnym znaczeniu. Ych...

    sobota, 23 lutego 2013

    Dieta. Definicja i założenia.

         Zawsze jak mam coś napisać dopada mnie niechciej. Spadek chęci i wszechobecna apatia. Mimo, że wyspałam się. Ćwiczyłam przez godzinę namiętnie (nawet) z ciężar - ami/kami. Wypiłam kawę i siedzę bezpłciowo przed komputerem. Ach zapomniałam, że poczyniłam wszelkie porządki urodowe i pozostało mi jedynie pomalować paznokcie i namalować urodę na twarz. A i tak coś nie gra. Coś nie pasuje. Kłuje i wierci się w łepetynie. Wiem!!! Od dziś jestem na diecie. Nienawidzę tego stwierdzenia. Było milion początków i miliard braków rezultatów. 
         Z definicji, dieta jest czymś, co raczej powinno być naszym sposobem odżywiania się. Przecież osoba, która wpierdziela wafelki i popija gorącą czekoladą, to też jest na jakiejś tam "diecie". No cóż. Dieta kojarzy nam się  z dużą paczką wyrzeczeń, restrykcją, bólem i cierpieniem. Ale czy tak musi być? W momencie kiedy dopada mnie bezsilność, nie mam wyników, zaczynam jeszcze bardziej kombinować na swoją chyba niekorzyść, bo potem zawsze powracam do punktu wyjścia, gdzie tylko ogarnia mnie złość. Wtedy przechodzę na DIETĘ....
         Z tego miejsca ogłosić chciałam, że od dziś jest to dieta South Beach. Pierwsza faza obejmuje 14 dni. Jest to pewnego rodzaju szok dla organizmu, bo pozbywamy się prostych węglowodanów i po części też złożonych. Na szczęście nie trzeba eliminować tłuszczów i warzywa można jeść tonami. Oczywiście te dobre warzywa. Rezgnuje się natomiast z owoców, po części się z tym nie zgadzam, ale zobaczę jak to wpłynie na mnie. Królikiem doświadczalnym nie byłam nigdy, więc postawię się w takiej roli na ten okres. Chcę się przez to przekonać, czy mam na tyle determinacji i chęci. Będzie to próba charakteru. I nie chodzi tylko i wyłącznie o kwestię żarcia i zbijania słoniny. Wypaliłam się zawodowo, brakuje mi siły psychicznej do dalszego działania. A nic tak nie kształtuje mocy charakteru jak ćwiczenie silnej woli. Słabym punktem jest gęba. Spróbuję przekuć to w sukces. Dokładnie za 7 miesięcy są moje 30  - ste urodziny. I tak wiele dni już zmarnowałam i mam dosyć takiej męczarni. 
         Będę więc pisać codziennie o postępach i odczuciach. Dobrych i złych. Pomoże mi to ocenić siebie za jakiś czas. 

    GO ON !!!


    niedziela, 17 lutego 2013

    Postęp.

         Słowo czynem się stało i zaczęłam dbać o to, aby nie pozostawiać zbyt długich przerw między jakimikolwiek formami ruchu. W myśl zasady, że jak coś się robi, to zawsze się coś U-robi i to "coś" zawsze będzie > "0". Czasem nawet jak mi się bardzo nie chce, to i tak idę na mróz, pluchę, wodę i deszcz, żeby pobiegać. Lubię stan tuż po, nie lubię stanu przed założeniem ciuchów biegowych. Czasem mnie niezmiernie irytuje całe moje oprzyrządowywanie w postaci: 
    • zakładania/włączania pulsometru, 
    • nakładania warstwy kremu na ryj, 
    • - || - || - pomadki ochronnej na usta, 
    • włączania telefonu i endomondo, 
    • zawijania włosów za czapką, 
    • wkładania sznurówek w buty, 
    • zasuwania suwaka od getrów,
    • zakręcania słuchawek od mp4,
    • włączania jednocześnie endo i pulso
    ale jak już wyjdę, to czuję, że żyję. Mimowolnie uśmiecham się. Sama do siebie i nawet na widok ludzi zbijających się ze mnie. Cóż. Widok kolorowej kulki biegnącej zimą jest śmieszny nawet i dla mnie. I najbardziej mnie cieszy bieg w ciężkich warunkach. Wtedy wiem, że było warto podwójnie!
         Co do gęby. Zaczęłam również kontrolować to, żeby nie żreć wieczorem. Przed snem. Nie żrę. Staram się. Daleko mi do ideału. 

    Nie mam dziś weny na filozofię. Tak więc napiszę tylko, że do dnia dzisiejszego przebiegłam 32 kilometry (od początku miesiąca). Niewiele, ale jak dużo i mam nadzieję na brak spitolenia tego zapału.

    niedziela, 3 lutego 2013

    Urodzeni biegacze.

         Czemu zawsze mi się kojarzy to z "Urodzonymi mordercami"? Może dlatego, że ostatnimi czasy bieganie kojarzylo mi się z morderstwem, a każdy pomysł wyjścia na trening rodził się w bólach? Książka jest ze mną od dwóch miesięcy. Leży grzecznie na półce i czeka na przeczytanie. Zupełnie jak "Bieganie metodą Gallowaya" oraz dwa zaległe numery Runner's World. Co się ze mną do cholery stało (chciałoby się grzecznie zapytać)? Przyjemność biegania przeklepałam w przymus. W ilość wybieganych kilometrów tygodniowo, miesięcznie, rocznie. W ilość przepalonych kalorii. Podobno granica między miłością, a nienawiścią jest dość cienka i łatwo ją przeskoczyć. Udało mi się to wyśmienicie. 
         Nie mam noworocznych postanowień. Nigdy. Za to mam te miesięczne. Miesięczne są dosyć łatwe do utworzenia. Mamy 12 miesięcy w roku no a rok jest tylko jeden, więc gdy się spali to noworoczne, to trzeba czekać kolejne 12 miesiecy a tak to tylko miesiąc. 4 tygodnie i znowu...A jakby się uprzeć na tygodniowe? Oł mamo... to dopiero jest kopalnia postanowień. I bonus w postaci roku przestępnego. Czyli mamy jeden tydzień w gratisie.
    Nie o tym chciałam...
         Luty miał być tym miesiącem biegowych zmian. Zaczął się dość niefortunnie. Bólem gardła i zęba, ale nie zwolniło mnie to z podjęcia pewnych kroków w stronę lepszego ciała i ruchu. Otóż - zrobiłam program Ewki Chodakowskiej i lało się ze mnie strumieniami. Byłam szczęśliwa i zmęczona. Nie wiem czemu czasem tak trudno jest cokolwiek zacząć, jak tyle endorfin się wydziela tuż "po". Zamieniam więc "MUSZĘ" na "CHCĘ".