Je je je. Właśnie tak. Rano niestety nie mogłam się dobudzić, drzemkę włączałam 7 razy (!!!). Zaspałam na wszystko. Nie mogłam się doczołgać do łazienki, do kuchni, ubrać się. No czapa. Dzień okropny. Smętny, ciapowaty. Moje ciało chyba jest zalane węglami jeszcze i nie może się wygrzebać z śpiochowego dołka. Na trening zdecydowałam się o 20.00. Zrobiłam cardio w domu. Z Jillian. Krzyczała na mnie i motywowała:
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
and done!
Czuję się świetnie. Miło mi na ciele i duszy. Mogę spokojnie pójść spać. Jutro mam ochotę na więcej. Jadłam zdrowo-kolorowo.
hej, bravo!!! ja chyba wystartuję z jakims programem treningowym w niedzielę albo poniedziałek, na razie sie powoli rozgrzewam i zapodaję treningi na łapu capu, czyli pomieszanie z poplątaniem i to nie w duzych ilosciach, bom połamana cała. może też od następnego tygodnia uruchomię wreszcie swojego bloga, żeby udokumentować drogę do chwały i boskiej sylwetki, cha, cha, cha ;) ps. jak ktoś Cię obserwuje to wtedy człek bardziej trzyma się w ryzach a jak siedze po cihcaczu to nic sie nie chce ... taka prawda!
OdpowiedzUsuńDlatego uciekłam z wszelkich trenerów.pl, vitaliów.pl, bo już mnie tam nic ani nikt nie motywowało/ł. Zacznij zacznij, będzie mi raźniej w drodze do lachonerskiej sylwetki ;)
Usuń