piątek, 5 kwietnia 2013

Kiedy przemogłam niechcieja i poćwiczyłam drugi raz.

Dzień należał do wyjątkowo wkurzających. Ogólnie wstałam trzema lewymi stopami najwyraźniej, bo denerwuje mnie all and everyone! Wróciłam do domu. W skrzynce czekało na mnie awizo. Moja kurtka!!! Przy okazji rozliczyłam pita i polazłam ją odebrać. Jest mega fajna, ale jeszcze trochę przyciasna. Za 5 kg będzie jak ulał. 

Kolana mnie bolą. Wejścia i zejścia schodami powodują lekkie kłucie. Hmm. Masz babo jeszcze ból kolan. Grubciu. W ogóle miałam czas przemyśleń. Weekend postanowiłam spędzić samotnie, ogarnąć się od stóp do głów, pogotować zdrowe jedzenie na parę dni. Obmyśleć plan działania. Zacznę planować posiłki mniej więcej, bo najczęściej jest tak jak dziś, że poszłam po pracy do galerii na zakupy i dopadł mnie mały głód. Poszłam do subwaya po pół kanapki. Wiem, że niezdrowe, ale pocieszam się, że moja koleżanka zeżarła pakę boxa z kfc. Wiem, marne pocieszenie, ale zawsze jakieś. W domu już nie szarżowałam. Łoś z makaronem razowym, fasolką i groszkiem. Kupiłam też kilka przypraw i quinoę. 

- Lubię takie rzeczy. Lubię "BIO".
- Lubisz, lubisz, to czemu nie jadasz bio?
- Bo mi się nie chce gotować, pilnować... Nie mam na to czasu aż tyle, ile bym chciała mieć.
- Powiem Ci jak Twoja mama: "A jak będziesz pracować od rana do wieczora, dwójka dzieciorów uwiesi się u spódnicy z wołaniem o żarcie, mąż zapragnie kawy a pies na spacer?"
- Racja. Marna wymówka.

Marna?!

Poćwiczyłam. Workout nr 1. Humor lepsiejszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz