Dziwnym jest, że za każdym razem jak zeżrę coś kalorycznego, to automatycznie spada moja motywacja do działania i samoakceptacja. Tym razem się nie dam i nie odpuszczę, bo oczywiście mogłabym już całkiem dać sobie siana i nawpieprzać się do oporu, bo przecież "skoro już nie trzymałam się, to zjem a od jutra zacznę". Co to to nie. Mało tego, to jeszcze odczekam po obfitym posiłku z godzinę i co? POĆWICZĘ !!! Tak !!! Nie będę leniem tylko dlatego, że napakowałam w żołądek kotlety z kurczaka i kawałek czekolady po południu. Nie będzie mną rządzić jedzenie !!!
niedziela, 25 listopada 2012
sobota, 24 listopada 2012
Nogi z kamienia i tyłek 3 metry za mną.
Tak się właśnie czułam po pierwszych zejściach z treningu biegowego. Czynię obecnie biegi z wyższą i szczuplejszą koleżanką, także mój puls sięga granicy 90% tętna maksymalnego, co dobrym nie jest. Dzisiaj wręcz zatęskniłam za "samotnią biegacza". Za to w nagrodę po wysiłku kupiłam nowe getry biegowe w Lidlu i zeżarłam pyszną shoarmę w knajpce. Błogo zrelaksowana zasuwam spać.
Już czuję chęć życia odkąd pobieguję.
Ps. Może machnę w tym tygodniu 20 km. Byłoby miło...
Reward:
środa, 21 listopada 2012
Sukces ma rozmiar "s".
Wyczytałam to dziś na blogu Anki Muchy, czy na Pudelku - już nie pamiętam. I... zgadzam się z tym. W szczuplejszej wersji byłam zadowoloną z siebie dziewczyną, w wersji "fat" nie podoba mi się nic w moim życiu.
Dokładnie wg tej receptury powinnam zacząć żyć. A tymczasem poćwiczyłam Ewkę, zrobiłam masę rzeczy z "listy" i szczęśliwa mogę obejrzeć "Prawo Agaty".
Ps. Zrobiłam zupę krem z pomidorów i pieczonej papryki. Mniam!
Ps2. Ćwiczyłam 45 minut, spaliłam 429 kcal. Jestem z siebie dumna.
Ps3. Wszystko mnie napieprza... :/
wtorek, 20 listopada 2012
Mój pierwszy listopadowy bieg.
Stało się... Odeszła bliska mi osoba. W tym samym czasie odchodzi druga. W pracy nie mam szans na etat w przyszłym roku, pisanie i robienie badań idzie jak krew z nosa. Utyłam. Nie ma również wypłaty od trzech miesięcy. Czy może być jeszcze gorzej? Zapewne może. Przyznaję - poddałam się ostatnio. Smutki zeżarły mnie od środka.
Z pomocną dłonią, a właściwie stopą, przyszła koleżanka z mieszkania. Wyciągnęła mnie z rana na bieg. Szło ciężko. Sapałam. Serce szalało, pulsometr co chwilę pikał i wskazywał "zatrzymaj się, odpocznij". Koleżanka nie pozwalała. Mówiła, że jeszcze trochę, jeszcze parę metrów. I tak wyszło z 5 km. Wróciłyśmy. Byłam szczęśliwa. I nadal siedzę z bananem na ryju. Skutecznie sobie przypomniałam jakie to uczucie, że w znacznym stopniu eliminuje wszelkie chwilowe złości i smutki. Po prostu POMAGA zmierzyć się ze swoją słabością. Obym wytrwała w swoim postanowieniu zmiany siebie od środka i przy okazji z zewnątrz.
Przyznaję również, że odepchnęłam swoją drugą połówkę na zupełnie daleki plan. Zawsze motam sobie kokon jak mam załamanie i w nim siedzę. Oddzielam pracę od prywaty. Potrafię żartować z kolegami i koleżankami pracowymi, śmiać się. Nikt mi nie powie, że jestem smutna. Nigdy nie miałam tendencji do dzielenia się swoimi emocjami, choć jestem osobą bardzo emocjonalną. Wzruszam się byle gównem za przeproszeniem. No i nie pozwoliłam sobie pomóc. Ale zmienię to.
Druga rzecz: waga. Dziś pokazała równe 69 kg, podczas, gdy koleżanka jest ode mnie wyższa o jakieś ponad 10 cm i waży 60 kg. Trochę mnie się głupio zrobiło. Ja mam trzy brzuchy, ona żadnego. Będzie moją motywacją.
wtorek, 13 listopada 2012
Jeść zdrowo. Ale jak?
Na temat jedzenia mogę napisać książkę. Oczywiście na temat mojego jedzenia. W moim prawie trzydziestoletnim życiu próbowałam miliona różnorakich diet. To przypada mniej więcej jakieś 33 333 diet na rok i tym samym 617 diet na każdy poniedziałek w myśl zasady: "zaczynam od poniedziałku". Tu zawsze przypomina mi się to:
Pamiętam, że zawsze kiedy udawało mi się dobrze odżywiać moja "dieta" nie zaczynała się wtedy od poniedziałku, tylko od teraz. Może czas to wdrożyć? Chociaż chęci mam ogromne, motywację również, ale...pozostaje problem z głową. Kiedy jest mi w życiu nieszczęśliwie - zajadam to. Może nie że się obżeram, ale jednak jem syfiasto. I kiedy przychodzi mi ochota na zdrowe żarcie, okazuje się, że wszystko, co zdrowe już mi się dawno przejadło i jak pomyślę o owsiance, to mnie zbiera na wymioty. Chociaż lubię owsiankę. Lubię zdrowe kąski, ale kojarzą mi się z męką.
Brakuje mi endorfin. Muszę w końcu się zebrać w sobie i założyć strój biegacki i wyleźć na zewnątrz. Muszę = chcę. Będę szczęśliwa chociaż po bieganiu. Zawsze mnie odmóżdżało. Fakt, że teraz musiałabym biegać maraton dziennie, żeby odgonić stresy i problemy, ale 4 km również będą dobre. Zawsze 4 > 0.
niedziela, 11 listopada 2012
Jak to jest być biegającym grubasem, czyli historia "biegacza".
No właśnie jak? Normalnie. Tak jak ja.
Regularnie biegam od ponad 3 lat. Był rok, w którym przebiegłam tysiąc kilometrów. Dla jednych to mało, dla drugich bardzo dużo. Dla mnie? Sporo. W tym roku nie poszło mi już tak dobrze. Olałam bieganie cienkim sikiem. Biegałam coraz mniej by, tak jak teraz, prawie wcale nie biegać. Bo bieganie się albo kocha albo nienawidzi.
Będąc dzieckiem - grubym dzieckiem - nienawidziłam. Nienawidziłam również nauczyciela sadystę z podstawówki, który wiosenno-jesienną porą nakazywał iść na miejscowy stadion i biegać "kółka". Męczyłam się. Nie mogłam tyle co inni. Zalewałam się potem, sapałam i potykałam o swoje tenisówki. Swoją drogą...Kto wtedy myślał, że istnieją buty biegowe??? Stadion jak to gminny stadion. Wertepy a nie bieżnia. Do tartanu było mu trochę daleko, więc kontynuowałam moją męczarnię ściemnając sadyście, że biegam a co rusz ukrywając się za drzewem, żeby odpocząć. Nie umiałam zrobić tylu kółek co inni. Pocieszałam się faktem, że w grupie była koleżanka o wiele grubsza ode mnie i też nie mogła tyle pobiec. Koszmar z podstawówki się skończył i zaczął koszmar z liceum. W liceum byłam raz większa raz mniejsza. Problemy z odżywianiem zaczęły się w momencie, kiedy chciałam zwyczajnie być chudsza. O tym w innym wpisie może. Wracacają do tematu aktywności fizycznej. Nadal nie lubiłam biegać, choć tym razem bieżnia była piękna i równa. Nie potykałam się o kretowiska, ale i tak nie mogłam/umiałam wykonywać tak prostej czynności. Dlatego grałam w siatkę i w ping-ponga. To akturat mi sprawiało ogromną przyjemność. Sielsko i anielsko skończyła się era liceum a zaczęło prawdziwe życie, czyli studia. Wyjechałam w miarę szczupła. Czułam się pewnie, fajnie. Nowi znajomi i otoczenie działało na mnie rewelacyjnie. Mogłam zacząć zupełnie nowe życie, nikt mnie nie znał i nie wiedział jaka byłam wcześniej. Z małomównej dziewczyny stałam się dużomówna. Chyba mi się jęzor zwyczajnie odblokował. I zapomniałam, że istnieje takie coś jak ruch. Jedynym przejawem "fitnessu" było szorowanie po piwo do nocnego albo wyprawa do tesco po żywność studencką (czytaj: makaron, sosy w torebkach i chleb). Tym sposobem na II roku i kawałku III-ego byłam ogromnym grubasem. Ważyłam 88 kg przy wzroście 158 cm. Z mojego ciała można było w tamtym okresie wykroić dwie dziewczyny. Potem jak to w życiu - się zakochałam i zaczęłam "pobiegiwać". Pobiegiwałam o 5.00 rano przed zajęciami. Niewiele, bo pół godziny dziennie. Czasem dłużej, ale to jak zabiegłam się za daleko i musiałam wrócić tą samą drogą. Z miłości nic nie wyszło, ale myśli o bieganiu zostały. Na chwilę. Potem porzuciłam bieganie. Dalej tyłam i chudłam. Skończyłam studia. Czas na pracę. Czasy gówniane były 6 lat temu. Teraz są bardziej gówniane. Praca. Znowu nowi ludzie, nowe mieszkanie. Oczywiście wynajęte. I bieganie wróciło. Mało regularne, ale było. Dla przyjemności. Praca się skończyła, wyprowadziłam się. Musiałam się przeprosić z dumą i zamieszkać z rodzicielami. W domu się zapuściłam. Domowe jedzenie, lodówka otwarta 24h/dobę. Pewnego dnia zaczęłam ćwiczyć. Pościągałam filmy z programami cardio ze strony http://www.beachbody.com/.Ćwiczyłam. Skakałam. Tupałam. Pociłam się i chudłam. Dałam radę. Wyprowadziłam się z domu. Zajęłam się "karierą naukową". I zaczęłam biegać - wszędzie, po skałkach, po ulicach i chodnikach. I na malutkiej szkolnej bieżni. Polubiłam zimę. Najbardziej lubię biegać w zimie, nie ma nic lepszego. Biegałam tak dwa lata. W tym czasie mój strój zaczął przypominać strój biegacza, figura również i miałam swoje pierwsze biegowe BUTY !!! Postanowiłam przygotować się do maratonu. Takim prezentem na 30 urodziny miał być właśnie maraton.
Obecnie sflaczałam. Znowu jestem pimpkiem. Nie chce mi się ruszyć dupska. Sporadycznie biegam. Ale nie jest to żadna rewelacja, mimo, że mam nowsze buty, lepsze ciuchy biegowe, sprzęt pomiarowy, gps i ładną pogodę. Coś się stało. Coś rypło. Trachło. Więc co? I na mnie nadeszła pora na ponowną nienawiść do biegania? Czytam książkę Scotta Jurek'a "Eat and run".
Nie ma lepiej opisanej historii biegania na rynku biegackim. Uwielbiam czytać o tym jak z chuderlawego chłopca, facet stał się superhero ultramaratonów. Pozostaje podziwiać z ukrycia. Może i ja się podniosę. Co tydzień mam taki plan: pobiegam i poćwiczę. Tydzień mija a ja w kolejnym mówię sobie: pobiegam i poćwiczę.
Tak więc skrócona historia mojego biegania jest taka: nie biegałam, biegałam, nie biegałam, biegałam a teraz znów mam awers. Weno przyjdź!!! A właściwie przybiegnij do mnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)