niedziela, 11 listopada 2012

Jak to jest być biegającym grubasem, czyli historia "biegacza".

No właśnie jak? Normalnie. Tak jak ja.
   Regularnie biegam od ponad 3 lat. Był rok, w którym przebiegłam tysiąc kilometrów. Dla jednych to mało, dla drugich bardzo dużo. Dla mnie? Sporo. W tym roku nie poszło mi już tak dobrze. Olałam bieganie cienkim sikiem. Biegałam coraz mniej by, tak jak teraz, prawie wcale nie biegać. Bo bieganie się albo kocha albo nienawidzi.
   Będąc dzieckiem - grubym dzieckiem - nienawidziłam. Nienawidziłam również nauczyciela sadystę z podstawówki, który wiosenno-jesienną porą nakazywał iść na miejscowy stadion i biegać "kółka". Męczyłam się. Nie mogłam tyle co inni. Zalewałam się potem, sapałam i potykałam o swoje tenisówki. Swoją drogą...Kto wtedy myślał, że istnieją buty biegowe??? Stadion jak to gminny stadion. Wertepy a nie bieżnia. Do tartanu było mu trochę daleko, więc kontynuowałam moją męczarnię ściemnając sadyście, że biegam a co rusz ukrywając się za drzewem, żeby odpocząć. Nie umiałam zrobić tylu kółek co inni. Pocieszałam się faktem, że w grupie była koleżanka o wiele grubsza ode mnie i też nie mogła tyle pobiec. Koszmar z podstawówki się skończył i zaczął koszmar z liceum. W liceum byłam raz większa raz mniejsza. Problemy z odżywianiem zaczęły się w momencie, kiedy chciałam zwyczajnie być chudsza. O tym w innym wpisie może. Wracacają do tematu aktywności fizycznej. Nadal nie lubiłam biegać, choć tym razem bieżnia była piękna i równa. Nie potykałam się o kretowiska, ale i tak nie mogłam/umiałam wykonywać tak prostej czynności. Dlatego grałam w siatkę i w ping-ponga. To akturat mi sprawiało ogromną przyjemność. Sielsko i anielsko skończyła się era liceum a zaczęło prawdziwe życie, czyli studia. Wyjechałam w miarę szczupła. Czułam się pewnie, fajnie. Nowi znajomi i otoczenie działało na mnie rewelacyjnie. Mogłam zacząć zupełnie nowe życie, nikt mnie nie znał i nie wiedział jaka byłam wcześniej. Z małomównej dziewczyny stałam się dużomówna. Chyba mi się jęzor zwyczajnie odblokował. I zapomniałam, że istnieje takie coś jak ruch. Jedynym przejawem "fitnessu" było szorowanie po piwo do nocnego albo wyprawa do tesco po żywność studencką (czytaj: makaron, sosy w torebkach i chleb). Tym sposobem na II roku i kawałku III-ego byłam ogromnym grubasem. Ważyłam 88 kg przy wzroście 158 cm. Z mojego ciała można było w tamtym okresie wykroić dwie dziewczyny. Potem jak to w życiu - się zakochałam i zaczęłam "pobiegiwać". Pobiegiwałam o 5.00 rano przed zajęciami. Niewiele, bo pół godziny dziennie. Czasem dłużej, ale to jak zabiegłam się za daleko i musiałam wrócić tą samą drogą. Z miłości nic nie wyszło, ale myśli o bieganiu zostały. Na chwilę. Potem porzuciłam bieganie. Dalej tyłam i chudłam. Skończyłam studia. Czas na pracę. Czasy gówniane były 6 lat temu. Teraz są bardziej gówniane. Praca. Znowu nowi ludzie, nowe mieszkanie. Oczywiście wynajęte. I bieganie wróciło. Mało regularne, ale było. Dla przyjemności. Praca się skończyła, wyprowadziłam się. Musiałam się przeprosić z dumą i zamieszkać z rodzicielami. W domu się zapuściłam. Domowe jedzenie, lodówka otwarta 24h/dobę. Pewnego dnia zaczęłam ćwiczyć. Pościągałam filmy z programami cardio ze strony http://www.beachbody.com/.Ćwiczyłam. Skakałam. Tupałam. Pociłam się i chudłam. Dałam radę. Wyprowadziłam się z domu. Zajęłam się "karierą naukową". I zaczęłam biegać - wszędzie, po skałkach, po ulicach i chodnikach. I na malutkiej szkolnej bieżni. Polubiłam zimę. Najbardziej lubię biegać w zimie, nie ma nic lepszego. Biegałam tak dwa lata. W tym czasie mój strój zaczął przypominać strój biegacza, figura również i miałam swoje pierwsze biegowe BUTY !!! Postanowiłam przygotować się do maratonu. Takim prezentem na 30 urodziny miał być właśnie maraton. 
   Obecnie sflaczałam. Znowu jestem pimpkiem. Nie chce mi się ruszyć dupska. Sporadycznie biegam. Ale nie jest to żadna rewelacja, mimo, że mam nowsze buty, lepsze ciuchy biegowe, sprzęt pomiarowy, gps i ładną pogodę. Coś się stało. Coś rypło. Trachło. Więc co? I na mnie nadeszła pora na ponowną nienawiść do biegania? Czytam książkę Scotta Jurek'a "Eat and run". 
Nie ma lepiej opisanej historii biegania na rynku biegackim. Uwielbiam czytać o tym jak z chuderlawego chłopca, facet stał się superhero ultramaratonów. Pozostaje podziwiać z ukrycia. Może i ja się podniosę. Co tydzień mam taki plan: pobiegam i poćwiczę. Tydzień mija a ja w kolejnym mówię sobie: pobiegam i poćwiczę. 
  Tak więc skrócona historia mojego biegania jest taka: nie biegałam, biegałam, nie biegałam, biegałam a teraz znów mam awers. Weno przyjdź!!! A właściwie przybiegnij do mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz