Stało się... Odeszła bliska mi osoba. W tym samym czasie odchodzi druga. W pracy nie mam szans na etat w przyszłym roku, pisanie i robienie badań idzie jak krew z nosa. Utyłam. Nie ma również wypłaty od trzech miesięcy. Czy może być jeszcze gorzej? Zapewne może. Przyznaję - poddałam się ostatnio. Smutki zeżarły mnie od środka.
Z pomocną dłonią, a właściwie stopą, przyszła koleżanka z mieszkania. Wyciągnęła mnie z rana na bieg. Szło ciężko. Sapałam. Serce szalało, pulsometr co chwilę pikał i wskazywał "zatrzymaj się, odpocznij". Koleżanka nie pozwalała. Mówiła, że jeszcze trochę, jeszcze parę metrów. I tak wyszło z 5 km. Wróciłyśmy. Byłam szczęśliwa. I nadal siedzę z bananem na ryju. Skutecznie sobie przypomniałam jakie to uczucie, że w znacznym stopniu eliminuje wszelkie chwilowe złości i smutki. Po prostu POMAGA zmierzyć się ze swoją słabością. Obym wytrwała w swoim postanowieniu zmiany siebie od środka i przy okazji z zewnątrz.
Przyznaję również, że odepchnęłam swoją drugą połówkę na zupełnie daleki plan. Zawsze motam sobie kokon jak mam załamanie i w nim siedzę. Oddzielam pracę od prywaty. Potrafię żartować z kolegami i koleżankami pracowymi, śmiać się. Nikt mi nie powie, że jestem smutna. Nigdy nie miałam tendencji do dzielenia się swoimi emocjami, choć jestem osobą bardzo emocjonalną. Wzruszam się byle gównem za przeproszeniem. No i nie pozwoliłam sobie pomóc. Ale zmienię to.
Druga rzecz: waga. Dziś pokazała równe 69 kg, podczas, gdy koleżanka jest ode mnie wyższa o jakieś ponad 10 cm i waży 60 kg. Trochę mnie się głupio zrobiło. Ja mam trzy brzuchy, ona żadnego. Będzie moją motywacją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz