niedziela, 3 lutego 2013

Urodzeni biegacze.

     Czemu zawsze mi się kojarzy to z "Urodzonymi mordercami"? Może dlatego, że ostatnimi czasy bieganie kojarzylo mi się z morderstwem, a każdy pomysł wyjścia na trening rodził się w bólach? Książka jest ze mną od dwóch miesięcy. Leży grzecznie na półce i czeka na przeczytanie. Zupełnie jak "Bieganie metodą Gallowaya" oraz dwa zaległe numery Runner's World. Co się ze mną do cholery stało (chciałoby się grzecznie zapytać)? Przyjemność biegania przeklepałam w przymus. W ilość wybieganych kilometrów tygodniowo, miesięcznie, rocznie. W ilość przepalonych kalorii. Podobno granica między miłością, a nienawiścią jest dość cienka i łatwo ją przeskoczyć. Udało mi się to wyśmienicie. 
     Nie mam noworocznych postanowień. Nigdy. Za to mam te miesięczne. Miesięczne są dosyć łatwe do utworzenia. Mamy 12 miesięcy w roku no a rok jest tylko jeden, więc gdy się spali to noworoczne, to trzeba czekać kolejne 12 miesiecy a tak to tylko miesiąc. 4 tygodnie i znowu...A jakby się uprzeć na tygodniowe? Oł mamo... to dopiero jest kopalnia postanowień. I bonus w postaci roku przestępnego. Czyli mamy jeden tydzień w gratisie.
Nie o tym chciałam...
     Luty miał być tym miesiącem biegowych zmian. Zaczął się dość niefortunnie. Bólem gardła i zęba, ale nie zwolniło mnie to z podjęcia pewnych kroków w stronę lepszego ciała i ruchu. Otóż - zrobiłam program Ewki Chodakowskiej i lało się ze mnie strumieniami. Byłam szczęśliwa i zmęczona. Nie wiem czemu czasem tak trudno jest cokolwiek zacząć, jak tyle endorfin się wydziela tuż "po". Zamieniam więc "MUSZĘ" na "CHCĘ".

2 komentarze:

  1. hej, u mnie urodzeni biegacze leżą 3 miesiące i czekają na swoja kolej ... tylko, że ja zamawiam książki hurtowo i w tej rundzie było ich 22 sztuki, czytam po kilka na raz i akurat ten tytuł się nie załapał na czołówkę, w której królował Scott Jurek. a jeśli chodzi o to 'MUSZĘ' to ja własnie wczesniej tak sobie narzucałam wszelkie postanowienia a propo zdrowej diety i ruchu! musiałam robic dużo, czasem więcej niż potrzeba a więcej nie znaczy wcale lepiej [teraz to wiem] i musiałam byc oczywiście w 100% perfekcyjna a propo diety i sportu, żadnych wpadek, jezeli się przydarzyła to odpuszczałam wszystko i nie robiłam nic. taki głupi perfekcjonizm, który zabijał moje postanowienia zmiany, jakies działanie .... uważam teraz, że takie zmiany na siłę to byał droga donikąd, ponieważ stare, złe nawyki zwyciężały w końcu, poniewaz kojarzyły się z luzem, z czymś znanym i spokojnym, a zmiany choc korzystne to był czasem katorżniczy reżim i choc lubiłam sport to narzucałam sobie jakies mordercze tempo i codziennie latałam do lustra w poszukiwaniu zmian sylwetki... szaleństwo!!!! :) teraz kiedy przystopowałam i zaczęłam się sobie przyglądać, kiedy wrzuciłam na luz i przestałam narzucac sobie cokolwiek zatęskniłam za ruchem, za dawką endorfin ... cały październik i listopad przesiedziałam na tyłku z postanowieniem, że pora zacząc działac, ale nie wyszlo... niby chciałam ale nie robiłam nic ... czekałam ... az w końcu w grudniu nie wytrzymałam, zaczęłam znowu, bez zadnych wielkich postanowień, bez wyzwań, bez liczenia kalorii, tylko z potrzeby wynikającej w mojego wnętrza, z tęsknoty za czymś, co kiedys sprawiało mi przyjemność ... i tak ćwiczę sobie do dziś ... rozkręcam sie powoli i wiem, że będzie coraz lepiej i na bieganie znowu naszła mnie ochota .... ale bez żadnej spinki, bez zadnych tygodniowych planów na limit kilometrów, bez rocznych planów, że muszę ... tak, ja nie muszę, ja znowu zaczęłam chcieć i to mi sie podoba ... :) dosłownie tęsknię za godzinami treningu i ubóstwiam to ... powoli ... jeszcze nie wpadlam w rytm, jeszcze popełniam dietetyczne wpadki, ale już nie są to hurtowe ilosci syfów jak niegdyś ... wszystko powoli samo sie układa, dojrzewam do zmian sama nie narzucając sobie na siłę jakis reżimów i myślę, że w tym tkwi istota prawdziwej zmiany: musimy do niej sami dojrzeć, musi wypływac z naszego wnetrza, z naszych pragnień o zdrowym ciele i zdrowym zyciu, o szczęsciu jakie człowiek odczuwa, kiedy karmi swoje ciało wartosciowym pożywieniem i wprawia go w ruch, poniewaz sprawia mu to frajdę i przyczynia się do spalania toksyn z tłuszczu ... ja w fazie, kiedy niby chciałam cos zrobić ale siedziałam jeszcze sparalizowana na fotelu oglądałam codziennie foty wysportowanych lasek, czytałam blogi dziewczyn, które ćwiczyły i pewnego dnia zatęskniłam za tym stylem zycia,który kojarzył mi się z bólem i rezimem, bo wiadomo, że początek, że powrót zawsze jest bolesny, ale jak już wprowadzimy maszynę jaką jest nasze ciało w ruch to ono samo zacznie się toczyć i znowu bedzie się nam chciało ... oby tylko n ie spieprzyć tego i się nie zatrzymać ... ja zrezygnowałam juz z perfekcjonizmu, juz nie muszę mieć 100% czystej diety, żeby ćwiczyć, popełniam małe wpadki, ale widze, że one mi powoli zaczynaja brzydnąć, juz mnie te syfki nie krecą ... podoba mi sie to ... widze, że zmiana następuje samoistnie i że zaprowadzi mnie to w dobrym kierunku ... czego i Tobie zyczę ... bądźmy więc na nowo urodzonymi morderczyniami lenistwa i zacznijmy biegać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama bym tego lepiej nie opisała. Trafione w samo sedno sprawy, bo jak człowiek się do czegoś zmusza, to traci chęci. Powoli zaczęłam mordować lenia i zaczęłam biegać. Natomiast książki leżą dalej na półce, - nie z lenistwa, a z braku na nie czasu :/

      Usuń