Dzisiejszy dzień mnie dobił. Nie mam kondychy. Brakowało mi tchu i nie miałam siły w nogach do machania kolejnego cardio. Ale...Pokonałam ten tydzień i 6 - wydawałoby się lekkich - treningów. Lekkie nie były, bo starałam się dodawać większe obciążenia na przysiady albo wykroki. Podsumowanie:
- 4 treningi wytrzymałościowe, siłowe i tonujące
- 2 treningi cardo - zrobiłam mixa 1 z 2
- Trzymanie w miarę zdrowego jedzenia
- Wpadki w Sylwestra - alkohol, parę chipsów
- Spotkanie z koleżankami po 12 latach = 2 kawałki pizzy i piwko
- Woda z cytryną - moje zbawienie
Samopoczucie mam średnie. Zwyczajnie jestem zła na siebie, że nie domagam ćwiczeniowo. Marzy mi się powrót do biegania. Z czym do ludzi jak się pewnie zasapię po 10 minutach. A pomyśleć, że niedawno machałam po kilkanaście kaemów. Pierwszy tydzień uważam za niezłą lekcję pokory. Jak pies z podkulonym ogonem wracam do regularnych treningów. Obym nie zwątpiła i się nie przetrenowała = zniechęciła. Tego sobie życzę w tym Nowym Roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz